ULUBIONE FASONY

No i stało się… Pogoda załamała się i zrobiła wybitnie jesienna, a ja tu mam dla Was kolejną stylizację rodem ze środka lata. Klapeczki, okulary przeciwsłoneczne, lniane spodnie… trochę słabo pasują do aktualnej aury, ale nie zrezygnuję z pokazania tej stylizacji, ponieważ świetnie obrazuje temat, który chciałabym dzisiaj z Wami poruszyć.

Każda na nas ma swoje ulubione fasony i nic w tym dziwnego. W dojrzałym wieku, jedyne czego nie wypada, to nie znać swojej sylwetki, jej atutów oraz słabych punktów. Po 40-tce, większość z nas już bardzo dobrze orientuje się w jakich modelach wyglądamy korzystnie, a które powinnyśmy omijać szerokim łukiem. Kiedy wiemy, co chcemy ukryć, a co podkreślić, nie damy się namówić na jakikolwiek fason, dlatego że jest modny… Weźmiemy go pod uwagę tylko wtedy, gdy spełnia nasze oczekiwania. Tak powinno być zawsze!!! Nieważne czy dotyczy to spodni, płaszcza, czy okularów.

Jak wiecie, mam pokaźną kolekcję dodatków, w których główne skrzypce grają okulary i to zarówno te przeciwsłoneczne, jak i optyczne. Dla mnie najlepsze są duże, wyraziste oprawki, bo małe, choć bardzo mi się podobają, śmiesznie na mnie wyglądają. Jestem do nich po prostu za duża i ewidentnie zaburzone są wtedy proporcje. Jedyny wyjątek stanowią przeźroczyste okulary ALBERT I’M STEIN, których prawie nie widać na twarzy 🙂 .

Jeśli chodzi o kolczyki, to moim ulubionym fasonem zdecydowanie są koła. Mam je naprawdę w wielu wariantach i zauważyłam, że podobnie, jak z okularami, im są większe, tym lepsze 🙂 . Te z dzisiejszej stylizacji kupiłam w kopalni dodatków, czyli w TKmaxxx. Przy spiętych włosach i odsłoniętej szyi noszę je w wersji długiej, a do rozpuszczonych, zazwyczaj zdejmuję kremowe zawieszki i pozostają mniejsze, klasyczne koła. Genialny patent, który w kilka chwil odmienia stylizację.

Ulubione fasony torebek? No cóż, w tym przypadku jestem bardzo stała w uczuciach. Od momentu odkrycia saszetki VAGABOND, nie wyobrażam sobie praktycznie żadnej stylizacji bez małej torebeczki na podręczne minimum, czyli telefon i portfel.  Do tego towarzyszy mi zawsze wielka torba, w której mogę pomieścić resztę moich skarbów, w tym wszelkie gadżety niezbędne do fotografowania i ewentualnych modyfikacji stylizacji. Jakiś czas temu, była ogromna moda na noszenie dwóch toreb jednocześnie i choć teraz jest to passé, ja nie zamierzam absolutnie zmieniać moich przyzwyczajeń. Po co rezygnować z rozwiązania, które idealnie mi pasuje i wręcz stało się znakiem rozpoznawczym mojego stylu? Zgrany duet toreb spełnia wszelkie moje oczekiwania i pewnie jeszcze długo tak zostanie…

Buty to temat rzeka… Gdybym musiała wskazać jeden ulubiony fason, miałabym z tym poważny problem. Generalnie lubię klasyczne i sportowe buty. Oczywiście najwięcej w szafie jest czarnych, ale dla tych z Was, które od dłuższego czasu śledzą bloga, nie jest żadną tajemnicą, że mam ogromną słabość do białych butów. Najczęściej noszę mokasyny, sztyblety, slip-on’y (wsuwane tenisówki) i latem klapki.
A propos klapek, ostatnio do mojej szafy trafiły kolejne poduszkowce H&M. Uwielbiam takie napompowane klapki, przy których moja pokaźna stopa w rozmiarze 41/42, wygląda na dużo szczuplejszą i mniejszą. Nadal są dostępne na stronie internetowej…

Do tej pory było mnóstwo informacji o dodatkach, ale najwyższy czas przedstawić Wam mój ulubiony fason żakietu. Jest on nierozerwalnie związany z moim ukochanym projektantem RUNDHOLZ’em. Zanim poznałam jego projekty, miałam oczywiście w szafie różne żakiety, ale najdelikatniej mówiąc nie przepadałam za nimi. Kojarzyły mi się z bardzo formalnymi i „sztywnymi”( dosłownie i w przenośni) sytuacjami. Wszystko zmieniło się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy przymierzyłam pierwszy egzemplarz od Rundholz’a. Patent z dodawaniem dużej ilości elastanu do materiału, z którego są szyte żakiety, sprawia, że człowiek nie czuje się w nich skrępowany. Często projektant szyje je także z dresowej dzianiny, co już zupełnie przenosi je do kategorii mega wygodnych ciuchów 😉 . Dla mojej, lekko androgenicznej sylwetki, najlepsze są dopasowane modele, które potrafią wyczarować brakujące wcięcie w tali i nadać sylwetce bardziej kobiecych kształtów. Najlepsze jest w tych żakietach to, że jeśli dobrze dobierze się rozmiar, osiąga się takie efekty bez względu na wielkość sylwetki.

Żakiet może być niewygodnym uniformem, ale kiedy jest dobrze zaprojektowany i uszyty z elastycznej tkaniny, staje sie jednym z ulubionych ciuchów na każdą okazję.

Rozpięta wersja z kontrastującym środkiem dodatkowo wyciąga sylwetkę. Ten patent sprawdzi się przy wiekszym biuście i brzuszku, którego nie chcemy obciskać 😉

Wystarczy już tych zachwytów nad żakietem, bo następne w kolejce czekają luźne gacie RUNDHOLZ, które równie, jak nie bardziej, zawładnęły moją szafą. Kolekcja różnych wariacji na ich temat zajmuje naprawdę ogromną jej część. Moim zdaniem, ten fason, który mam w dzisiejszej stylizacji jest ideałem dla każdej sylwetki. Nadaje wspaniały kształt wrzeciona, ukrywa wiele niedoskonałości figury i jeszcze daje prawdziwe poczucie luzu w gaciach… Oczywiście jest to bardzo oryginalny fason, ale kto się do niego przekona, z wielkim trudem sięga potem po klasyczne, dopasowane kroje.

W moim wydaniu, luźne gacie bardzo często wystepują w towarzystwie elastycznej szelki. Pełni ona ważną funkcję, trzymając spodnie na odpowiednim poziomie, a dodatkowo jest oryginalną ozdobą, którą w zależności od okoliczności, mniej lub więcej eksponuję.

Spodnie RUNDHOLZ’a oprócz oryginalnych fasonów mają mnóstwo fajnych detali, które stanowią dodatkowe smaczki. Jak tu nie kochać tego projektanta?

„Życie jest za krótkie by nosić nudne ciuchy”.

Moje Drogie Silverowiczki, mam do Was gorącą prośbę. Ubierajcie się dla Siebie i tylko Siebie! Co mam na myśli, pisząc takie słowa? Chodzi mi o to, byście kierowały się wyłącznie swoim samopoczuciem. Nie dajcie się wpędzić w pułapkę zaspokajania czyiś oczekiwań, bo i tak nie zadowolicie wszystkich. Ile osób wokół Was, tyle będzie wizji, a pogodzić je i upchnąć w jednej stylizacji nigdy się nie uda… Kiedy będziecie się sobie podobać, spodobacie się innym. To naprawdę działa! Sprawdziłam 🙂

Macie Swoje ulubione fasony? Cóż za pytanie? Oczywiście, że macie. Mam nadzieję, że  rzeczywiście podkreślają atuty Waszej figury, a nie są tymi z czasów, gdy miałyście idealną sylwetkę… Najważniejszą kwestią w wyborze ulubionych fasonów jest to, by brać pod uwagę zmiany, które zachodzą w budowie naszego ciała. Nie oszukujmy się, większość z nas musiała pożegnać się z niektórymi fasonami już na zawsze, ale czy to jest powód do rozpaczy? Absolutnie nie! Trzeba próbować znaleźć nowe formy, które sprawią, że poczujemy się w nich atrakcyjnie i wygodnie… Nie bójcie się zmian, eksperymentujcie, sięgajcie po awangardowe fasony. Oryginalne, nowoczesne w formie ciuchy są najlepszą i na dodatek nieinwazyjną kuracją odmładzającą.

Przesyłam Wam moc gorących buziaków w tą jesienną szarugę.
Do nastepnego razu,
SIWA

P.S. Oczywiście, jak zawsze, czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze 🙂

Możesz także polubić

16 komentarzy

  1. Jak to mówią: „święta racja”! Ubierajmy się dla siebie, a dobre samopoczucie i młody wygląd – gwarantowane.
    Chyba zawsze tak miałam, żeby wyglądać lekko inaczej, trochę pod prąd, trochę na przekór małomiasteczkowym standardom.
    Kiedy zwracano mi uwagę: „koszulkę nosisz tyłem do przodu”. Odpowiadałam : „bo tak chcę”
    Kiedy nosiłam prawie łysą głowę pytano:” jesteś chora?” Odpowiadałam: „dawno nie czułam się tak rewelacyjnie”.
    A pierwsze luźne gacie- komentarze podobne do tych u Pani Dorotki.
    Odpowiadałam, ze noszę co lubię, a nie czego oczekują inni.

    Rundholz’a poznałam dzięki Tobie i rownież dzięki Tobie zostałam szczęśliwą posiadaczką jednego (i jedynego jak dotąd) egzemplarza spodni z jego kolekcji. Przez niego, ale przede wszystkim przez to, w jaki sposób prezentujesz te ciuchy zostałam Twoją fanką.
    SIWA, JESTEŚ WIELKA!

    Pozdrawiam

    1. Witaj Sabo,
      Jako mieszkanka dużego miasta, mam ogromny komfort bycia anonimową osobą na ulicy… Dużo trudniej przebić się ze swoją indywidualnością w mniejszej miejscowości, dlatego szczerze podziwiam Twoją odwagę bycia na przekór małomiasteczkowym standardom. W takich społecznościach dostaje się wtedy łatkę dziwaka i odmieńca… Myślę, że pod tym krytykanctwem, skrzętnie ukryty jest cichy podziw, że nie poddajesz się naciskom i jesteś jedyna w swoim rodzaju. Luźne gacie wzbudzają skrajne reakcje nawet w Warszawie. Teraz może już trochę mniej niż 10 lat temu, ale zdarza mi się, że „klasyczne elegantki” ostentacyjnie przewracają oczami na ich widok i z niekłamanym współczuciem patrzą na mnie. No cóż, to oczywiście ich problem, ja jestem sobą i dobrze mi z tym 🙂
      Buziaczki,
      SIWA

  2. Podpisuję się pod wszystkim co napisała Dorota! Jesteśmy w tym samym wieku. Szkoda, że tyle czasu mi zajęło dojście do tej odwagi i pewności siebie… szkoła Siwej i ponad 12 lat „kumplowania się”z EMC ogromnie pomogło 🙂 Patrzę na swoją szafę, i… wszystko w niej lubię, masa rzczy do siebie pasuje, cieszy moment, gdy łapię w szybie na ulicy albo w drzwiach odbicie sylwetki i myślę: „Ożesz, ale ONA dobrze wygląda!!” – a potem sobie przypominam, że ona, to przecież ja. Uwaga przyjaciela latem, że wyglądam (w luźnych gaciach khaki Annette Gortz, znanych ci) „jak chińska wyrobnica”, spłynęła po mnie jak po kaczce i wywołała parsknięcie śmiechem 🙂 Był to długi proces, a nie akt, i o jakże było warto 😉

    1. Witaj Aldonko,
      Stanowicie z Dorotką wspaniały przykład, że można nabrać pewności siebie oraz odnaleźć swój styl nawet trochę po 40-tce 😉 . Jest to wspaniały moment wyzwolenia. Nie ma takich słów, które oddadzą poczucie wolności i niebywałej odporności na komentarze otoczenia… Tak trzymaj Kochana! Ten proces trwa i z przyjemnością obserwuję, że podąża w dobrym kierunku.
      Buziaczki,
      SIWA

    1. Witaj Adamie,
      Masz rację, trzeba znaleźć ten najkorzystniejszy fason. Ważne by wybierać go samodzielnie, kierując swoim samopoczuciem, a nie oczekiwaniami otoczenia 🙂
      Pozdrawiam,
      SIWA

  3. Dzień dobry Agusiu, podpisuję się pod wszystkim. Ubieramy się dla siebie, nie dla męża, koleżanki czy kto tam jeszcze nas ocenia, a tym bardziej dla ludzi na ulicy. Od lat ubieram się w awangardowe rzeczy i moim ukochanym projektantem też jest Rundholtz. Codziennie rano uśmiecham się do swojej szafy bo jest w niej tylko – wyłącznie – to co lubię, w czym się dobrze czuję. Oczywiście jestem w komfortowej sytuacji, że nie muszę biegać na jakieś koszmarne biznesowe spotkania w za ciasnych kostiumikach. W mojej pracy wszyscy się przyzwyczaili, do tego jak się noszę i po wielu komentarzach w stylu : czy to piżama, czy mam pampersa w spodniach? materia została opanowana i nawet czasami doczekuję się komplementów. Ale co najważniejsze, że to ja przestałam się wstydzić, krępować, zastanawiać co kto powie, jak zostanę odebrana. Dla mojego samopoczucia najważniejsza jestem ja sama. I tego nauczyłaś mnie Ty Agusiu. A efekty? Idę ulicą i widzę jak się gapią – a ja się uśmiecham, bo JA się czuję jak milion dolarów w tych rzeczach i nikomu nic do tego. Inna sprawa, że zajęło mi to dużo czasu, uwolnienie się od tematu oceniania przez innych. teraz kiedy mam 62 lata nic już mnie nie powstrzymuje przed spełnianiem swoich zachcianek modowych. I tyle. Wyglądasz bosko. Żakieciki Rundholtza to cudo, gacie – wiadomo. Nie ma bez nich życia. Pozdrawiam D.

    1. Witaj Dorotko,
      Cieszę się, że udało nam się razem przejść na jasną stronę mocy dobrego samopoczucia 🙂 Czasem potrzeba na to więcej czasu, ale zawsze warto i oczywiście, lepiej późno niż wcale. Ja też spokojnie mogę Ci napisać, że wyglądasz bosko! Rundholz w duszy i w szafie robi swoje 🙂
      Buziaczki,
      SIWA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *