ONE DAY IN PARIS…

Ten dzień zaczął się wcześnie, nawet bardzo wcześnie. Dość powiedzieć, że na lotnisku musiałam się pojawić o 5.40. Mordercza godzina, ale co zrobić, jak mus, to mus.

Prosto z lotniska jedziemy RER-em do centrum, gdzie tuż przy Luwrze mieści się showroom ALLUDE. Prowadzi go przemiła Janet, która z pochodzenia jest Rosjanką, wychowywała się w Polsce, a teraz na stałe mieszka i pracuje w Paryżu. Świetnie mówi we wszystkich tych językach i w jej showroomie wyraźnie słychać, że to międzynarodowy biznes. Ruch jest dość duży, bo nadal trwa Paris Fashion Week.

Jak widzicie, na wieszakach całe mnóstwo swetrów. Z tej masy towaru, musimy wybrać najfajniejsze modele, sfotografować je i opisać. Najtrudniejsze jest zdecydowanie się na kolorystykę. Potem już raczej z górki. Wybrane fasony przymierzamy i oglądamy z każdej strony.

Wstepne zamówienie kryje się w tej teczce. Od tej chwili to najcenniejsza rzecz, która ląduje w mojej torbie;).

Showroom mieści się w starej kamienicy na Rue de Louvre, kilka kroków od słynnego muzeum. Wysokie, przestronne wnętrza, stylowe drzwi i żyrandole. Francuski szyk i smak, w najlepszym wydaniu.

Jeszcze fotka na firmowego Instagram’a i dzięki temu ja także mam zdjęcie z ALLUDE’a do wrzucenia na swoją stronę.
Pisałam Wam ostatnio, że czeka mnie trudne zadanie przygotowania „paryskiej stylizacji”. Postawiłam na klasyczne i zarazem moje ulubione zestawienie black&white. Czarny golf COS, biała koszula RUNDHOLZ, spodnie rurki ANNETTE GÖRTZ, wygodne, skórzane slip-on’y na białej podeszwie ASH. Prościej już się chyba nie dało, ale na deszczową i chłodną pogodę, stylizacja okazała się optymalna. Włosy spięłam w koczek, bo prostowanie włosów na taką wilgoć mijało się z celem. Z resztą fryzura po kilku przymiarkach, nie przypomina zazwyczaj żadnej fryzury, tylko małe gniazdko we włosach:).

Po kilku godzinach pracy, czas na chwilę wytchnienia i małe odświeżenie. Biegniemy Rue Saint-Honore do naszego hotelu.

Każda uliczka jest piękna i nawet deszcz nie może tego popsuć.

Jak to miło, gdy okazuje się, że pokój pasuje do ciebie , a ty do niego. W całym hotelu każdy pokój zrobiony jest w innej kolorystyce. Ja trafiam na black&white. Przypadek czy przeznaczenie?

Wykładzina w czarno-białą pepitkę przyprawia o zawrót głowy, ale jest szałowa!

Zanim dotrzemy do kolejnej firmy coś trzeba przekąsić. Mała sałatka, espresso, na ucztowanie oczywiście nie ma czasu. Może się znajdzie wieczorem… Teraz biegniemy dalej.

Po drodze mijamy dużo mniejszych  i większych butików. To zdecydowanie odróżnia Paryż od Warszawy. U nas niestety nie ma takich ulic handlowych. Nadal królują centra handlowe, ale mam nadzieję, że jeszcze powrócą te czasy, kiedy zakupy robiło się na Chmielnej czy Nowym Świecie. Te ulice mają nadal ogromny potencjał, którego jakoś nie udało się dotąd wykorzystać, a szkoda.

Wśród starych kamieniczek znalazło się miejsce, które w podziemiach ukryło ultranowoczesne wnętrze i modę. UN_NAMABLE, to nowa marka na rynku. Włoska projektantka Patrizie Piergé  zafascynowana jest łączeniem tradycyjnych technik z innowacyjnością. Do swoich kolekcji wykorzystuje najwspanialsze materiały z regionu Carpi, słynącego z producji szlachetnych materiałów. Każda rzecz jest wyjątkowa i unikalna. Styl można śmiało określić na „sierotkę za milion dolarów”. Minimalistyczne formy w ekskluzywnie szmatławym wydaniu;). Jest jeszcze jedna bardzo charakterystyczna cecha kolekcji. Nie ma w niej czystego czarnego koloru! Nawet on jest lekko sprany i przetarty. W tej firmie króluje szarość we wszystkich możliwych odcieniach.

Kolejne zdjęcie firmowe, które trafia na moją stronę. W środku stoi Patrizie, obok niej, jej asystentka, Anne. Mają na sobie oczywiście ciuchy z najnowszej kolekcji UN_NAMABLE. Ja w „czarnej” czerni wyraźnie się wyróżniam;).

Tempo jest zawrotne. Czas gna, jak opętany. Kiedy jest dużo pracy, nawet nie wiadomo, kiedy przelatują kolejne godziny. Już zaczyna się ściemniać i musimy znaleźć jakąś knajpkę, by zjeść kolację.

Na szczęście przestało padać i po kolacji, mimo zmęczenia, idę na mały spacer. Byłoby grzechem nie pójść choć na chwilę zobaczyć Luwr nocą. Tym bardziej, że mamy hotel tylko trzy przecznice od niego. Pięknie oświetlony, robi naprawdę wielkie wrażenie i aż żal, że już jutro bladym świtem trzeba wracać…

 

 

Wracam do hotelu. Jutro pobudka niewiele później niż wczoraj. Nie ma lekko. Podróż służbowa to niestety nie jest bajka, ale przede wszystkim praca (fajna 🙂 ). Na zwiedzanie muszę wybrać się innym razem…

Poranek, tak dla odmiany, mocno deszczowy. Może i dobrze, bo trochę mniej żal wyjeżdżać.

Boring pass wydrukowany, pełna gotowość do odlotu. Trzeba się tylko dostać na lotnisko.

RER pełen ludzi, ale raczej pracujących niż podróżujących. Nie mamy bagaży, więc trochę się kamuflujemy i moim zdaniem, wyglądamy na miejscowe ;).

Na lotnisko dojeżdżamy w całkiem dobrym czasie i mamy jeszcze chwilę na mały shopping. Ja głównie uprawiam window shopping. Jedwabna chustka HERMES, podświetlona na wystawie przyciąga mój wzrok. Wygląda jak piękny obraz. Długo przed nią stoję i podziwiam. Prawdziwe dzieło sztuki.

Paryż, a właściwie jego symbol, Wieża Eiffl’a jest obecna wszędzie.

Kupuję dzieciakom breloczki na pamiątkę i  pędzę, bo zaczyna się bording naszego lotu. Krótki to był wyjazd, ale bardzo intensywny. Tym razem zapamiętam Paryż, jako chłodny i deszczowy. Prawdą jest, że nawet w takich kiepskich okolicznościach przyrody, wygląda czarująco i imponująco.

 

Z Paryżem żegnam się, jak z Wami.
Po prostu, do następnego razu,
SIWA

Możesz także polubić

2 komentarze

    1. Witaj Dorotko,
      Cieszę się, że udało mi się Ciebie porwać na chwilę do Paryża ;).
      Pozdrawiam,SIWA